Moja podróż

Lot miałam z Warszawy, gdzie mąż odwiózł mnie na lotnisko, dodając otuchy przed moją wielką podróżą w nieznane. Najpierw poleciałam do Dubaju, gdzie miałam sześcio godzinną przerwę, a następnie po międzylądowaniu na Zanzibarze, dotarłam w końcu do Dar es Salaam. Wizę na lotnisku otrzymałam na trzy miesiące. Szczęśliwa, choć wyczerpana długą podróżą, czekałam na swój bagaż. Niestety, okazało się, że moja walizka zaginęła. Zmęczona i zdezorientowana, nie wiedziałam co robić, ale na szczęście Dawid już na mnie czekał. Jego obecność i pomoc w załatwianiu formalności związanych z zaginięciem bagażu były nieocenione. Dawid miał po mnie przyjechać ze znajomym kierowcą, ale jak się okazało, jego samochód się zepsuł. Musieliśmy więc skorzystać z lokalnych środków transportu, co okazało się znacznie łatwiejsze bez dodatkowej walizki. Po około trzydziestu godzinach w podróży, bez prysznica i ubrań za zmianę, dotarliśmy w końcu do lokalnego hotelu, gdzie mogłam się zameldować i trochę odpocząć. Dawid, jako mnich, mieszkał bardzo skromnie i nie miał możliwości mnie u siebie przenocować, więc hotel był najlepszym rozwiązaniem. Hotel miał być jedynie tymczasową opcją, ponieważ planowaliśmy wyruszyć dalej do Kigomy. To tam Dawid spełniał się jako wolontariusz, współpracując z braćmi katolickimi prowadzącymi schronisko. Podróż ta miała być nie tylko geograficznym przemieszczeniem, ale także duchową wyprawą w głąb siebie.

Jak mijały mi pierwsze dni?

Następnego dnia, Dawida znajoma, chcąc pomóc mi, kupiła mi na lokalnym targu bieliznę, ubrania na zmianę, szampon, mydło, pastę oraz szczoteczkę do zębów, to była ogromna ulga, choć nie czułam się jeszcze w pełni komfortowo. Próbowałam się odnaleźć w nowej rzeczywistości i pogodzić z myślą, że moje rzeczy mogą do mnie nie dotrzeć.

Dar es Salaam – czekaliśmy na odpływ aby kontynuować spacer brzegiem oceanu

W oczekiwaniu na mój zaginiony bagaż, Dawid pokazał mi najbliższą okolicę, uczył podstawowych zwrotów w języku swahili, próbował przełamać mój lęk do wody, dużo spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o życiu, buddyzmie i wolontariacie. Po dwóch/trzech dniach, Dawid dostał telefon z lotniska. Mój bagaż się odnalazł i czekał na odbiór. Nie pamiętam kiedy byłam tak szczęśliwa. Teraz mogliśmy wyruszyć w dalszą podróż. Przepakowałam się do plecaka, pojechaliśmy do hotelu bliżej dworca aby następnego dnia o 6 rano wsiąść do pociągu. W Afryce czas płynie nieco inaczej – „pole, pole” (powoli, powoli) Pociąg oczywiście był spóźniony, na szczęście tylko dwie godziny, ale nijak to się miało do całej podróży, która miała trwać minimiun 1,5 dnia. Z racji tego, że byliśmy jedynymi „mzungu” (człowiek rasy białej) w pociągu, nasze miejsca przydzielono blisko przedziału z obsługą oraz policją, aby zapewnić nam bezpieczeństwo. Mój przedział miał sześć łóżek, wszystkie zajęte przez mamy z dziećmi. Atmosfera była żywa i pełna energii, co choć dodawało podróży kolorytu, sprawiało, że trudno było wypocząć. Na szczęście pociąg miał wagon restauracyjny, gdzie mogliśmy coś zjeść i napić się, co było miłym przerywnikiem. Mimo rozgardiaszu podróż przebiegła bez większych problemów. Widoki za oknem zapierały dech w piersiach – Tanzania w całej swej okazałości prezentowała się przepięknie, a krajobrazy zmieniały się z każdym kilometrem. Przez okno mogłam podziwiać majestatyczne góry, zielone równiny i małe wioski tętniące życiem. Podczas postojów na różnych stacjach mieliśmy okazję kupić lokalne przekąski, świeże soki i owoce. Te chwile były niezwykle cenne – dawały możliwość poznania lokalnej kultury i zwyczajów z bliska, a także nawiązania krótkich, ale znaczących interakcji z mieszkańcami. Podróż była wyczerpująca, ale każdy moment spędzony w pociągu przybliżał mnie do celu i wzbogacał moje doświadczenia.

Kigoma

Po dotarciu do Kigomy, zmęczona, ale pełna ekscytacji, marzyłam o prysznicu. Schronisko którym opiekował się brat Venance znajdowało się zaledwie 300 metrów od dworca. Kiedy tam dotarliśmy, chłopcy mieszkający w schronisku skakali z radości na widok Dawida. Mnie również przyjęli bardzo serdecznie, choć pierwszą noc musiałam spędzić w lokalnym hotelu nieopodal, ponieważ nie było dla mnie przygotowane pomieszczenie w którym mogłabym zostać. Było bardzo brudne i wszędzie leżały gigantyczne robaki, a i zdechły szczur się trafił. Nie ukrywam, ale byłam przerażona jak to zobaczyłam, ale Dawid obiecał, że zajmie się sprzątaniem 🙂 Następnego dnia obudziłam się w hotelu z niecierpliwością, gotowa natychmiast wrócić do schroniska. Niestety, Dawid nie odpowiadał na moje SMS-y, więc musiałam czekać. W końcu przed południem przyjechał po mnie na motorze, i tak zaczęła się moja przygoda w Kigomie. Kigoma to jedno z najbiedniejszych regionów Tanzanii, gdzie zagrożenie malarią i innymi chorobami jest niezwykle wysokie. Bezdomność dzieci jest tam ogromnym problemem, przewyższając nawet bezdomność psów w Rumunii – przykre porównanie, ale adekwatne, by zobrazować skalę problemu.

Podobne wpisy